Odyseusz cz. 1, 2 i 3

I

Martwica. Wszędzie dookoła, jak okiem sięgnąć – ból, rozkład. Ścibór usiadł na środku drogi.

- Chłopie, co ty odpie…

Po czym sam usiadł obok niego.

- Tak się zastanawiałem, ile w tym wszystkim jest prawdy. – rzekł Ślepowron.

- Musisz odnaleźć nowość. Bez tego – ani rusz. – odparł Ścibór. – Widziałem kiedyś człowieka. Iście – martwy człek. – obrócił się – o idzie właśnie tam. – kukła sunęła. Ślepowron nie odwrócił się.

- Cudy niewidy. Miałeś kiedyś moc? Ja może kiedyś miałem. – Ślepowron kopnął leżący kamyk, który przestraszył gołębia. Wzbił się, przeleciał nad towarzystwem. – Mieć skrzydła jak ten ptak.

- Jak ten ptak? On zaraz spadnie. – za nimi rozległ się cichy szmer wśród koron drzew. – Dobrze mu tak.

- Co mam zrobić z tym kwiatkiem? – zwiędła róża wyglądała żałośnie. Żałośnie brzmiał głos Ślepowrona.

***

Koń wlókł się przed siebie, smagany batem Grzegorza. Sędziwy człek pilnował pług, głęboko penetrujący warstwy ziemi. Brzydkie, pomarszczone ciało, mokre od potu. Po chuj ja to robię, zastanawiał się koń. Po chuj ja to robię, zastanawiał się Grzegorz. Walnąłbym dziada mocniej, ale mógłbym go zabić. Zabij mnie, proszę. Trzask. Jakbym go zabił, to by mu było za lekko. Trzask. Kiedyś go zabiję. Trzask. Niech trochę pocierpi. Trzask. Czy można cierpieć wieczność? Trzask.

Byłem kiedyś młody. Życie zawsze było ciężkie, ale dawałem radę. Elegancki, uczesany. Lubiłem się pieprzyć. Młodość, to piękny czas, gdyby tak tylko mógł on trwać. Takie pola to orałem od świtu do nocy. Teraz moje czoło pokrywają zmarszczki, głębokie doły, jak w tej ziemi. Miałem kiedyś wszystkie zęby. Wzlatuj, wzlatuj. Albo spierdalaj do cholery!

***

Leciał, szybował swoim Areoplanem nad morzem martwym. Gęsta mgła unosiła się nad taflą wody. Wiedziałem, że to bujda. Przestrzegali mnie, opowiadali rzeczy niestworzone. A tu proszę, całkiem miło i przyjemnie. Ja myślę, że oni są po prostu głupi i widzą rzeczy głupimi. Głupoty nie wyleczysz. Gdzie te trupy, ściągające mnie swymi wyschniętymi, zżółciałymi rękoma? Ja proszę pana, jestem u góry, jestem teraz panem. Mnie – nikt nie ściągnie. A choćby śmiał to ja mu trach – i ręki nie ma. Śmigłem ich przypiłuję wszystkich, aż miło krew będzie tryskać wszędzie. Zrobimy z tego morza, morze czerwone, zaśmiał się głośno. Śmiać się z własnych żartów.

***

Ścibór stanął nad brzegiem. Idealnie koniuszkami palców ustawił się na ostatnim suchym skrawku piasku. Nie złapiesz mnie, nie złapiesz  mnie.

- Mało przekonujący sposób wybrałeś. Mogłeś stanąć tam i woda w życiu by cię nie dosięgnęła.

- Woda dosięgnie mnie wszędzie. Sam zobaczysz.

- To po co to robisz?

- Bo muszę. O i jest. – stopy zaszły mu wodą, piasek zakrył mu palce, po czym delikatnie wycofał się. – A teraz zobacz – ruszył do miejsca wskazanego przez Ślepowrona.

- Ale masz już mokre stopy!

- Czy to coś zmienia? – krzyknął nie odwracając się.

- Nie. – Ślepowron z niedowierzaniem patrzył na towarzysza. Ten przystanął na początku plaży i odwrócił się. Ślepowron nie odwrócił się, bo nie musiał. Słyszał co go czeka.

***

Dość już na dzisiaj ty łajzo, widzisz, zaorałem całe pole, ale ty nawet nie wiesz o tym, boś tępak głupi. Nażresz się w stajni i zadowolony. I tak całe pierdolone życie. Ty kurwa gruby jebany cielaku. Ależ ty masz szczęście. Zazdroszczę ci tego spokoju, ja tu jestem człowiek ciężkiej pracy, starej daty. Teraz czeka mnie jeszcze praca umysłowa, a ty kurwa, ach szkoda gadać. Trzask kurwa. Idziemy.

Nażreć się jak głupia świnia. Nareszcie stajnia. Żółte, wyschnięte ręce wieszają worek pełny paszy. Nażreć się jak głupia świnia.

Cielaku jeden. Ciesz się, jutro masz spokój, idę na ryby.

Areoplan sunął na niebie. O cholera. Istne tsunami! Jaka wielka zalewa cały brzeg. A tam statek widać. O cholera! Ciekawe ile wytrzyma! Co za debil płynie w takie pogody? Niech umrze, dobór naturalny. O ale się buja, ja. A teraz, taka fala, zaleje go, nie ma bata, już jest pod wodą, już po nim! Co? Ale jak to? Nieee, teraz go rozwalę. Musi paść. CO? Fale go omijają. A to nurkuje, zaraz znowu się pojawia. Cuda niewidy. Ale co to? O jaka piękna skałka. Cudownie mi tu wyrosłaś kochana. Rozwal go. Pięknie, widzę to dokładnie.


II

Później zanotowano i przybito kartkę: zmarł tego i tego o tej i o tej. Rodzina (która się go wyrzekła) jest w żałobie śmiertelnej pogrążona. Świeć chamie jego duszy.


III

Słońce zachodziło, leniwie chowając się za horyzontem. Niebo, płomiennie czerwone otaczało ich wdzięcznie, zachwycone ich widokiem. Leżeli, młodzi, piękni, owładnięci błogim poczuciem jedności. Lotta, przytulona do jego boku, z głową ułożoną na jego ramieniu śpiewała słodko:

See the little horse
My little horse
Trotting down the paddock
On his fine white feet.

Black horse, white horse
Brown horse, grey
Trotting down the paddock
On a bright, sunny day.

Werter, z czułością, opuszkami palców wodził po jej szyi, to w górę to w dół, zniżał, zatrzymując się tuż przed obojczykiem. Lotta wyprężyła się, głaszcząc go po policzku. Chłopak delikatnie ujął jej dłoń, zbliżył ku swoim ustom i pocałował. Lotta odwdzięczyła się pięknym westchnieniem i spojrzeniem, którego tak bardzo potrzebował. Przełożyła swoją nogę za jego, ale Werter śmiało podciągnął jej białą sukienkę do połowy ud i przeciągnął za drugą nogę. Zadrżała, ogarnęła ją ta błoga słabość i wzmagające podniecenie kazało jej wskoczyć na niego, zalać gorącymi pocałunkami, ale wstrzymała się, nieśmiało, skłoniła się ku niemu, ku policzku, które przed chwilą głaskała i złożyła łagodny pocałunek, wodząc ustami szepnęła mu do ucha. Nie chciała się narzucać, nie była pewna, czy on już tego chce. Werter rozumiał, jednak ten czar niepewności, delikatnego lęku przed zawodem, nachalnością, był na swój sposób magiczny. Przybliżył się do niej, odszukał jej ust, ale zatrzymał się na nich, nie pocałował, sugerując, ja też czuje to co ty, też się boję, że cię zranię. Jej piękne zielone oczy zaszkliły się ze wzruszenia, mówiły do niego, przejdziemy tę razem, ty i ja.

*** Gdy numery stają się poważne.

Gdy poszedł umyć twarz po raz drugi nie widział już co było prawdą. Czy to ona go zdradziła czy on ją zdradził. Majaczyły mu przed oczyma różne obrazy – swój z trzema dziewczynami, jej z jego przyjacielem, swój z przyjacielem pod prysznicem. Zrezygnowany usiadł na łóżku, zdając sobie sprawę, że prawdziwym, był tylko…

***

Słoneczne, jesienne popołudnie. Werter czytał książkę siedząc na ławce w parku i rozkoszował przyjemną pogodą.


Po ponad roku – oto jest. Odyseusz. Bardziej skończony nigdy będzie. Część I już była na moim blogu, części II i III przeleżały kilka miesięcy w szkicowniku, gdyż po napisaniu stwierdziłem, że to jest słabe, wstydzę się tego i nie ma szans. Robię to dla Ciebie moja droga Fearless.

Chciałem zdradzić kilka ciekawostek.

Część I to „Oda do Młodości” Mickiewicza. Kocham ten wiersz.

Część II… sam nie nie wiem co to miało być. Serio, nie pamiętam. Ale zostawiam to, gdyż był w tym jakiś zamysł. Pewnie Fearless będziesz miała lepszą interpretację tego od mnie samego :)

Część III Popłynąłem trochę w fantazjowanie czym jest związek. Jest to opis przesłodzony do granic, ale tak miało być, coś tak słodkiego chciałem napisać. Nie wiem czy tak wygląda miłość. Może nawet nigdy się nie dowiem. Koniówka części III jest urwana, miałem pisać dalej, ale tego nie zrobiłem. Dzisiaj gdy na to patrzę… to idealne zakończenie. Jest to moje wspomnienie z września 2012, gdy czytałem „Cierpienia Młodego Wertera” na ławce w parku. Czułem się wtedy bardzo samotny i odrzucony, kulminacja mojej depresji licealnej ale… ten dzień, to przyjemne ciepło dodawało mi otuchy. Cierpiałem razem z Werterem.

Kolejna ciekawostka to piosenka którą śpiewa Lotta. Jest to wzięte z mojego ukochanego „Pikniku nad Wiszącą Skałą”.

Odyseusz to podróżnik. To miała być podróż, przez zakamarki mojej biednej psychiki. W założeniach to miało być moje opus magnum, ale nie wyszło. Zapowiedziałem już podobne dzieło, przymierzam się, może coś z tego fajnego powstanie. Zobaczymy.

 

 

 

 

Nawigacja po wpisie

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *